text
stringlengths
5
72
łem w magazynie z rewolwerem, przyszykowanym od miesiąca, na
godz.16 minut 15, o której akcja miała się rozpocząć. Drobiazgowy
plan ustalony był na tę godzinę, gdyż ponieważ w tym czasie miał
jak codzień przejeżdżać przez teren obozu pociąg więźniów Żydów
i Polaków z robót z Małkini do Treblinki III, który chcieliśmy
odbić i włączyć do naszej akcji. Oni nie byli wtajemniczeni.
O godzinie 15 minut 35 dwóch robotników, którzy przyszli do swego baraku
po swoje rzeczy, zwróciło uwagę komendanta baraku konfidenta
"Kuby", który zawołał Hauptscharführera Kittnera. Kittner wezwał
ich na plac przed moimi drzwiami, zrewidował, znalazł przy nich
pieniądze, zaczął ich bić nahajką i chciał ich zastrzelić.
- 5 -
Widząc to dałem przez tylne okno znak do rozpoczęcia akcji. Krawiec
Zalcbergz baraku drugiego zaczął strzelać do Kittnera. Kittner
zaczął uciekać do swego baraku po broń maszynową. Akcja się rozpo-
częła. Nie mogąc już wykonać swego zadania rozerwałem z moimi
ludźmi druty kolczaste, ażeby dostać się do tylnego wyjścia do
wieży, gdzie byli ukraińcy. Największe zadanie miał b.porucznik
armii czeskiej im.Rudolf. On z drugim więźniem z Czech zawiózł
z ludźmi wózkiem C.K.M. na teren zwierzyńca obozowego, wszedł na
wieżyczkę i z niej rozpoczął obstrzał sztabu obozu i wartowni.
Nikt z Niemców i Ukraińców tam się znajdujących nie mógł się tam
wydostać i wszyscy zginęli.
Baraki zostały podpalone. W czasie walki zginęło dużo
więźniów, ale prawie cała obsługa obozu, która wówczas była na
miejscu zginęła. Obóz palił się ze wszystkich stron. Widziałem
na własne oczy, jak zginął Kittner i SS Suchomil, zastrzelony
w oknie baraku. SS-owiec szef SS Strasebahn, którego nazwiska nie
pamiętam, zginął z ręki pewnego szofera – więźnia. Jego zabójcę
zastrzelił z kolei pewien Ukrainiec. Akcja trwała błyskawicznie.
O godz. 16 minut 30 cały obóz z bronią czy bez broni był na wolności
i uciekaliśmy do okolicznych lasów. Pościgu za nami nie było.
Niestety nie udało nam się włączyć do akcji pociągu z robotnikami,
gdyż na odgłos strzałów pociąg zatrzymany został w drodze. Z obozu
Treblinka I i II uciekli wszyscy którzy mogli. Inż. Galewski
uciekł razem ze mną. Niestety po kilku kilometrach ucieczki
zawiodły go nerwy, wyjął jakąś truciznę z kieszeni, połknął ją
i skonał w moich oczach natychmiast. Ja w grupie kilku więźniów
- 6 -
wydostałem się w lasy i po dwutygodniowej tułaczce dostałem się
do mojej rodziny, gdzie się ukrywałem. Przez cały ten czas przeby-
wałem w Opatowskim i Kieleckim do czasu oswobodzenia tych terenów
przez Armię Czerwoną. 21-go stycznia 1945 r. przybyłem na Pragę,
gdzie mieszkam obecnie. Wszystkie te fakty, które opisałem są
zgodne z prawdą. Przed podpisaniem przeczytałem.
Warszawa, d.n. 9. 3.45 r. c
/-/ Leon Perelsztejn
Protokółował Mgr. B. Swiderski
Zeznanie jedenastoletniej Renaty Trau przedsta
wia w prostych słowach przejścia dzieci w ghet
cie: łapanki, ukrywanie się, utrata bliskich.
Dzieciom nie wolno było się znajdować w dziel-
nicy dla pracujących. Z narażeniem życia wycho-
dziły dzieci "niższej rasy" słuchać muzyki
i śpiewu.
2. Protokół Nr. 884/II.
Zeznań złożonych przed Wojewódzką Komisją Historyczną w Przemyślu.
Odbierający zeznania dr Dawid Haupt, przewodniczący W.Z.K.H w Prze-
myślu.
Zeznający: Renata Trau, ur. w 1934 roku w Przemyślu, ojciec Leon, mat
ka Golda zginęła wraz z drugą córką z rąk hitlerowców. Ojciec z zawo-
du emerytowany urzędnik wojskowy.
Zeznanie: Mieszkaliśmy we własnym domku, przy ulicy Dworskiego w Przemy-
ślu. Gdy Niemcy zajęli w 1941 r.Przemyśl, ojciec prowadził nadal mały
handel towarów mieszanych. Mieliśmy na utrzymanie i nie cierpieliśmy
żadnych braków. Siostra moja Tosia była starsza ode mnie o 4 lata
(urodziła się w roku 1930).
Pamiętam, że Niemcy nakazali Żydom nosić opaski. Ojciec przez 3 miesią
ce nie ubrał opaski, lecz potem musiał, bo Żydów za nienoszenie opas-
ki strzelano.
W r.1942 musieliśmy się wyprowadzić z własnego domu do ghetta i tam
miał ojciec jeszcze tylko przez 2 tygodnie sklep towarów mieszanych,
gdyż była akcja w ghetcie. My nie dostaliśmy pieczęci na dokumentach
i musieliśmy pójść na "wysiedlenie". Rodzice poszli na punkt zborny, a
my odprowadzałyśmy ich. Ja i siostra płakałyśmy i nie chciałyśmy się
- 2 -
rozłączyć, lecz ojciec uspakajał nas, że wróci, a wujek, który był
komendantem ordnerów, odprowadził nas do mieszkania cioci w ghet-
cie. Ciotka miała prawo pozostać w ghetcie i jako taka musiała
przejść kontrolę dokumentów. Po kilku godzinach przyszedł gestapo-
wiec, ciotka pokazała dokument i powiedziała na mnie i na siostrę,
że jesteśmy jej dziećmi. Ojciec i mamusia nie wracali i myśmy bar-
dzo płakały. Wreszcie przyszli rodzice z placu zbornego, gdzie ty-
siące Żydów siedziało w szeregu i nie śmiało się ruszać.
Wujek nasz Manek Trau, który był komendantem ordnerów, wyratował
rodziców w ten sposób, że wyreklamował ojca jako ślusarza, chociaż
tatuś nigdy nim nie był i nie znał się na ślusarstwie.
Było to w końcu lipca 1943 r., a w listopadzie była znowu akcja.
W międzyczasie musieliśmy się dwa razy przeprowadzić, gdyż zmniej-
szono ghetto. W czasie drugiej akcji schowaliśmy się w małej spi-
żarni, do której ojciec przysunął sznurem szafę tak, iż nie było
poznać, czy tam za szaf, jest wejście do spiżarni. Gestapowcy chodzi-
li kontrolować, czy się Żydzi nie ukryli i weszli do naszego miesz-
kania. Drzwi rozbili siekierą i
przeszukali
mieszkanie. Rozbili siekierą kredens i szafę, za którą były drzwi
do spiżarni. Jednak na nasze szczęście szafy nie odsuwali i odeszli.
Strasznie bałam się wtedy, gdy gestapowcy rozbijali szafę, ale stałam
cicho i nie płakałam. W spiżarni było mało miejsca i musieliśmy stać
przez całą dobę. Mieliśmy tam chleb i wodę. Na stronę chodziliśmy na